Legendy


Legendy

Cud w lesie dzietrznickim w 1856r (źródełko objawienia).

150 lat temu w sierpniu 1856 r. w lasach dzietrznickich zgromadziły się tłumy okolicznych mieszkańców. Podobno umysłowo chorej Franciszce Pęcherz objawiła się postać Matki Boskiej w konarach wysokiej sosny. Ludzie początkowo sceptycznie ustosunkowali się do owego cudu. Zaczęli z czasem pod wpływem zbiorowej sugestii wyraźnie widzieć to zjawisko. Już pierwszego dnia pojawił się pierwszy dokument w tej sprawie. Zaś finał domniemanego objawienia następuje dopiero we wrześniu 1857 r.W "Raporcie o zgromadzeniu się ludzi do lasu rządowego w Dzietrznikach" napisanym przez ks. Kanonika Kaniowskiego, proboszcza z Dzietrznik czytamy:

"Ludzie upatrzywszy jakieś widowisko w lesie dzietrznickim, rozgłoszone przez Franciszkę Pęcherz, zgromadzili się do tegoż miejsca dosyć licznie i niby widzą też rano widowisko, które ma mieć wyobrażenie jakiegoś obrazu. Lud ten jest przekonany, że to widowisko jest prawdziwym objawieniem Niepokalanego Poczęcia. Jeżeli jest to dzieło Boskie, to żadna siła ludzka nie potrafi tego zniweczyć Jeśli jest to dzieło natury lub ludzkie to samo z siebie upadnie ".

Sprawa objawienia cudownego obrazu zaczęła zataczać coraz szersze kręgi. Władze carskie zaniepokojone były wielkimi skupiskami ludności po lasach, jednocześnie jednak obawiały się zastosować jakieś radykalniejsze środki. Wysłani do Dzietrznik z polecenia gen. Panintyna, specjalni przedstawiciele duchowieństwa nakazali proboszczowi by „lud naukami oświecał, by rozkazał obrazki i inne ozdoby jak to kwiatki, krzyżyki pozawieszane na sośnie uprzątnąć z tejże sosny”. Ks. Kanioski, starał się unikać wszelkiego surowego obejścia się z ludnością, które mogłoby wprowadzić lud w błąd.Sprawa cudu przycichła na kilka miesięcy. Ludność nadal gromadziła się w lesie. Władze carskie znów interweniowały, tym razem ostro u władz kościelnych. Jednak ani rozporządzenie biskupa, ani osobiste interwencje u ks. Kaniowskiego i okolicznych proboszczów nie dały skutków. Dowodem tego jest pismo ks. Kaniewskiego skierowane do diecezji z dnia 21 maja 1857 roku z prośbą o przeniesienie go do innej parafii. W tym piśmie ks. Kaniowski stwierdził, że przez cały czas starł się wypełniać dokładnie zlecenia swych władz, mimo to 21 maja, w dzień Wniebowzięcia, do lasu dzietrznickiego przybyło około 500 osób z krzyżem i chorągwiami na wspólne modlitwy. Ks. Kaniowski podkreśla, że przez 31 lat starał się lojalnie wypełniać swe obowiązki, w tym jednak przypadku jest bezsilny; prosi więc o rozkaz wycięcia „całej górki (lasu) gdzie lud wierzy w objawienie. Ostatni dokument dotyczący objawienia obrazu Matki Boskiej z września 1857 r. stwierdza, że [...] p. Stanisław Milasiewicz były major wojsk polskich, a nadleśniczy leśnictwa Wieluń wraz z Walentym Wyczyszkowiczem, wikarym z Wielunia ścięli sosny na górce w lesie dzietrznickim.Tradycja objawienia obrazu Matki Boskiej w lesie dzietrznickim jest wciąż jeszcze żywa. Mieszkańcy okolicznych wsi opowiadają, że wszystkie pielgrzymki idące do Częstochowy zatrzymywały się w lesie, strojąc sosnę z cudownym obrazem kwiatami i licznymi darami. Gdy w kościele w Dzietrznikach odbywała się msza, w lesie słyszano "organ granie" i śpiew jakby chórów anielskich. Według wierzeń sosnę ściął sam proboszcz Dzietrznik, który w cud nie wierzył, którego dosięgła za to kara boska. Nawet czterema końmi sosny tej nie dało się ruszyć, została więc w lesie, a ludzie rozebrali ją na drzazgi i kadzili nimi w chorobie. Obok górki, na której rosła niegdyś sosna, bije cudowne źródełko, którego woda uważana jest za niezawodne lekarstwo na chore oczy i wszelkie wyrzuty. Starzy opowiadają, że gdy wojsko koło tego źródełka przechodziło, żołnierz zostawił tam czapkę ; a kiedy po nią wrócił, wtedy znów cudowny obraz w sosnach stanął.

Legenda o skarbie.

Na przełomie XIV i XV wieku, pewien zakonnik uciekał przed Szwedami. Miał ze sobą drogocenny skarb, który zakopał w dzietrznickim lesie pod pewnym krzyżem. Po jakimś czasie słuch o nim zaginął. Ludzie wiedzieli o skarbie, ale bali się go szukać, ponieważ zakonnik rzucił na niego klątwę. Pewnego dnia znalazł się jeden śmiałek, który zaczął szukać skarbu. Wiedział o klątwie i o miejscu spoczynku skarbu. Wybrał się go szukać. Gdy wszedł do lasu zaczęło się ściemniać. Wykopał krzyż i przestawił go w inne miejsce. Zaczął wydobywać skarb. Kiedy widział już skarb zapadał się on głębiej. Przestraszony próbował uciec z lasu.Jednak zapadł zmrok. Nie umiał się on wydostać z lasu. Pewnie umarł z głodu lub ze strachu, a może ze starości. Tego nie wiadomo i pewnie nigdy się nie dowiemy. Ludzie mówią, że jego dusza dalej błąka się po lesie. Tylko człowiek o dobrej duszy i sercu znajdzie skarb. Kto wie, może tym wybrańcem będziesz właśnie Ty?

Legenda o karczmie.

Dawno temu w pewnym miejscu stała piękna karczma. Na zewnątrz obita była dębowymi deskami. Dach był pokryty pięknymi dachówkami. Karczma w środku była piękniejsza niż na zewnątrz. Pewnego dnia szedł ksiądz z komunią do bardzo ciężko chorego mężczyzny. Wracając od niego wstąpił do karczmy. Przed Jezusem w postaci chleba uklęknął tylko skrzypek. Wtedy ziemia zaczęła się trzęść. Ludzie w popłochu próbowali opuścić karczmę. Gdy dobiegli do drzwi nie mogli ich otworzyć. Zaczęli wtedy modlić się i płakać. To także nie pomogło. W tym samym czasie ziemia zaczęła pękać. W miejscu pęknięcia palił się ogień i bulgotała wrząca magma. Dziura robiła się coraz większa. Zaczęli powoli wpadać do niej ludzie. Następnie karczma zapadła się pod ziemię. Ocaleli tylko ksiądz i skrzypek, którzy oddali należny hołd Bogu. Skrzypek żył długo, bogato i szczęśliwie, a po niewiernych słuch zanikł.

Wąwóz królowej Bony.

"Działo się to w roku 1530, kiedy panowała Królowa Bona. Pewnego dnia wybrała się ona z Krakowa do znajomego, zamożnego szlachcica, mieszkającego w okolicach Poznania, jechała w bogato zdobionej karecie, zaprzężonej w cztery konie. Był słoneczny, wiosenny dzień. Królowa zachwycała się pięknymi krajobrazami. W czasie drogi orszak często się zatrzymywał by odpocząć, ponieważ czekała ich bardzo daleka droga. Dojechali do jakiejś wsi, a ponieważ zapadał już zmrok udali się do gospody, by tam przenocować. Właściciele gospody przywitali ich szczęśliwi z zaszczytu jaki ich spotkał. Następnego dnia królowa ze świtą ruszyła w dalszą drogę. Po pewnym czasie wozy dojechały do skrzyżowania dróg i woźnica zastanawiał się, w którą stronę skręcić, w prawą czy w lewą. Postanowili skręcić w lewą. Jechali już tak długo, a końca drogi wciąż nie było widać. Nagle ogromna błyskawica rozdarła niebo. Konie stały się bardzo niespokojne. Królowa stwierdziła, że najlepiej będzie przeczekać burzę, gdyż konie boją się jechać. Stanęli na poboczu i wsłuchiwali się w odgłosy burzy. Potężne grzmoty trzaskały gdzieś niedaleko. Po pewnym czasie burza ustała i pokazało się słońce. Królowa mogła obserwować piękną, kolorową tęczę, którą tak rzadko widziała przebywając na Wawelu i rozmyślając o losach swojego kraju. Zachwycała się tęczą dopóki ta całkiem nie zniknęła. Po chwili ruszono w dalszą drogę. Po jakimś czasie orszak wjechał w nieznany wąwóz. To było pewne - zabłądzili! Jechali między drzewami, które dawały przyjemny cień. W pewnej chwili konie stały się bardzo niespokojne. W zaroślach słychać było szelest, jakby coś się skradało. Nagle z krzaków wybiegł szary wilk. Konie zaczęły tak szybko uciekać, że nie można ich było zatrzymać, jeden ze sług wyjął strzelbę i zabił zwierzę. Konie biegły coraz szybciej i szybciej. W pewnej chwili kareta wpadła na korzeń ogromnego drzewa. Urwało się jedno koło i pojazd runął na ziemię. Wszystkie bagaże rozsypały się dookoła. Najdalej potoczyła się mała skrzyneczka, która rozbiła się pod krzakiem. Służba szybko pospieszyła z pomocą królowej, wydobywając ją z karety. Na szczęście nikomu nic się nie stało, tylko jeden koń lekko utykał. Pachołkowie szybko podnieśli karetę i pozbierali bagaże. Nikt nie zauważył rozbitej skrzyneczki, wokół której rozsypane były drobne nasionka. Były to nasionka bluszczu, które królowa wiozła szlachcicowi w prezencie. Służba próbowała przymocować koło, lecz bezskutecznie. Potrzebny był kowal. Woźnica i lokaj wsiedli na konie, by poszukać najbliższego kowala, a reszta została by pilnować królowej. Bona, mimo iż obawiała się dzikich zwierząt, z zachwytem oglądała wąwóz. Po jakimś czasie przywieziono kowala, który naprawił wóz. Kowal po powrocie do domu opowiedział wszystkim sąsiadom o spotkaniu z królową. Po pewnym czasie cała okolica wiedziała, że w wąwozie była Królowa Bona. Na pamiątkę tego zdarzenia mieszkańcy postanowili wąwóz nazwać „Wąwozem Królowej Bony". Królowa po dwóch latach przypomniała sobie o pięknym wąwozie i zapragnęła odwiedzić to miejsce. Gdy już tam dojechała, była zaskoczona. Wszystkie drzewa i krzaki porastał bluszcz. Wyglądało to przepięknie. Królowa dowiedziała się od spotkanego wieśniaka, że ten wąwóz został nazwany jej imieniem. Działo się to niedaleko dzisiejszej wsi Bieniec. Nie ma tam juz dzikich zwierząt, lecz bluszcz nadal rośnie. Rośnie już tam ponad 400 lat i każdej wiosny wypuszcza młode pędy. Czasem w pochmurny wieczór wnuczek wdrapuje się dziadkowi na kolana i prosi go, by mu opowiedział legendę o Wąwozie Królowej Bony. Siedzą na fotelu, a dziadek uśmiecha się pod wąsem i zaczyna opowiadać: „Działo się to...""

Jolanta Mielczarek
Pątnów
Praca wyróżniona w konkursie „Klucząc za minionym"
zorganizowanym przez Wojewódzką Bibliotekę Publiczną w Sieradzu